Zasady uczestnictwa

Osoby planujące udział w wydarzeniach związanych z dniem protestu przeciwko Tarczy Antyrakietowej prosimy o zachowanie zasady NO LOGO. Czytaj więcej.

 

Pomoc finansowa dla kampanii

Logowanie






Hasło?
Konto? Zarejestruj się!

Kolporter RSS

Podpisz petycję przeciwko Tarczy!

Prof. R. Kuźniar: Czy Polsce potrzebna jest tarcza rakietowa? Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: R. Kuzniar   
28.02.2008.
Jak się ma tarcza rakietowa USA do interesów bezpieczeństwa Polski? Można śmiało powiedzieć, że nie mamy nic do zyskania na tym interesie. Możemy pozostać bezpieczni jako ORP “Orzeł” i nie musimy się stawać USS “Poland”Zamieszanie wokół polskiego udziału w amerykańskim projekcie obrony rakietowej (MD) potwierdziło trafność znanego powiedzenia, które po trawestacji mogłoby brzmieć następująco: “Bezpieczeństwo narodowe jest zbyt poważną sprawą, by powierzać je wyłącznie urzędnikom, ekspertom i generałom” (a także wąskiemu gronu polityków). Niemała część z nich ma skłonność do traktowania siebie jak kapłanów wiedzy tajemnej, którą nie należy się dzielić z maluczkimi (społeczeństwem), nawet jeśli konsekwencje użytku czynionego z tej wiedzy mogą przede wszystkim maluczkich dotyczyć. A sprawa jest poważna i ewentualna decyzja na “tak” zawiera potencjalnie rozległe implikacje dla bezpieczeństwa Polski. Wymaga zatem starannego oglądu nie tylko przez wąskie, mające skłonności do autyzmu grono ekspertów.

Za tą tarczą nic nam nie zrobicie

System obrony rakietowej jest zmodyfikowaną wersją reaganowskiej strategicznej inicjatywy obronnej (SDI), która walnie przyczyniła się do upadku Związku Sowieckiego. Prezydent George H. W. Bush, ojciec obecnego lokatora Białego Domu, słusznie zarzucił prace nad SDI, bowiem cel został osiągnięty i po zimnej wojnie wkroczyliśmy w nowy krajobraz geostrategiczny.

Jednak dżin raz wypuszczony z butelki nie da się łatwo wepchnąć do niej z powrotem. Kusi iluzją wszechmocy i… zysków. Tak, zysków, bo prace nad MD to potencjalnie największy interes w historii wyścigu zbrojeń. Ta pokusa dała o sobie znać już w drugiej kadencji Billa Clintona, kiedy to zintensyfikowano badania i podjęto pierwsze próby sprawdzające skuteczność nowej wersji systemu obrony antyrakietowej. Clinton znalazł się wtedy pod ogromną presją kół polityczno-zbrojeniowych domagających się decyzji o wdrożeniu systemu. Mimo tej presji Clinton postanowił podjęcie ewentualnej decyzji w tej sprawie przekazać następcy. Ten długo nie zwlekał.

W trzy miesiące po objęciu urzędu, 1 maja 2001 r., w słynnym wystąpieniu w National Defence University w Waszyngtonie prezydent George W. Bush ogłosił, iż zamiarem jego administracji jest podjęcie szeroko zakrojonych prac prowadzących do zbudowania systemu o znacznie większym zasięgu, bo nie tylko narodowego, ale globalnego. W tej wersji będzie chodzić o tarczę antyrakietową składającą się z kilku zintegrowanych ze sobą systemów, która zapewni obronę obejmującą nie tylko terytorium USA, lecz również ich wybranym sojusznikom oraz wojskom prowadzącym operacje w różnych częściach świata

Cały system będą tworzyć obok operującego z powietrza lasera rakiety wystrzeliwane z lądu, z samolotów i okrętów, co zakłada współpracę urządzeń działających w czterech przestrzeniach: lądowej, powietrznej, morskiej i kosmicznej. W ten sposób możliwe będzie przechwytywanie wrogich rakiet w dowolnej fazie lotu - od wystrzelenia po moment, kiedy znajdą się one w pobliżu terytorium USA. Szczególnie atrakcyjna z uwagi na ekspedycyjny charakter działań prowadzonych przez siły zbrojne USA będzie jego przenośna wersja przypominająca przeciwrakietowy parasol rozpinany w dowolnym rejonie kuli ziemskiej. Budowa różnych elementów tego systemu już się rozpoczęła; niektóre z nich będą być może “działać” pod koniec tej dekady, natomiast całość, swoisty “system systemów”, wraz z kosmicznym laserem może być do dyspozycji USA pod koniec lat 30.

Poważnemu zaawansowaniu prac wdrożeniowych MD towarzyszyło oficjalnie zadeklarowane w 2002 r. uczynienie doktryny uderzeń wyprzedzających częścią narodowej strategii bezpieczeństwa USA. Budowę “tarczy” należy także widzieć na tle szerszego programu intensywnych zbrojeń podjętych przez administrację George’a W. Busha, w tym m.in. doskonalenia broni nuklearnej, co w praktyce może prowadzić do obniżenia progu jej użycia przez wojska USA. Oznacza to również odejście przez Waszyngton od doktryny nuklearnego odstraszania, które jest uważane za skuteczny środek powstrzymujący państwa nuklearne od użycia tej broni. Sukces programu oznaczałby strategiczne “obezwładnienie” reszty świata, łącznie z sojusznikami USA, których własny potencjał odstraszający (nuklearny) zostałby również zneutralizowany.

W ocenie polityków i ekspertów spoza USA nie wszystko, co jest technicznie i finansowo możliwe, jest właściwe lub pożądane. Nie mogło ulegać wątpliwości, że niezależnie od tego, czy to będzie system narodowy, czy sojuszniczy, niezależnie od jego konfiguracji i komponentów (”system systemów”) program obrony rakietowej tworzy nowe problemy dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Wątpliwości dotyczą tego, czy system potrafi dobrze oceniać zagrożenie i odpowiadać na nie, a także dotyczą samego uzasadnienia jego tworzenia. Można się zastanawiać, czy ten gigantyczny system nie jest przypadkiem “kosmicznym młotem na komary”, jeśli właściwie nie odpowiada naturze współczesnych zagrożeń (takich jak 11 września).

W ocenie wielu specjalistów groźne mogą się okazać konsekwencje budowy takiego systemu. Odrzucona zostaje zasada równowagi strategicznej, która była u podstaw ogólnej stabilności międzynarodowej; efektem będzie globalna dominacja USA. Pojawia się też kwestia bezpieczeństwa absolutnego jedynego supermocarstwa, które może prowadzić do poczucia bezkarności (”cokolwiek zrobię, nikt nie będzie w stanie mnie ukarać”), czego dowiodła w całej jaskrawości oparta na błędnych przesłankach wojna przeciwko Irakowi.

Zideologizowana strategia Busha

Z analizy tego programu można wyprowadzić przynajmniej cztery wnioski. Po pierwsze, budowa tarczy rakietowej nie jest odpowiedzią na główne zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego (w tym dla bezpieczeństwa USA). Stale rozwijane systemy zapobiegania rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia, przede wszystkim nuklearnej, i środków jej przenoszenia wykluczają możliwość wejścia w jej posiadanie przez podmioty pozarządowe lub państwa budzące niepokój. Ponadto nadal skuteczne pozostają wobec nich klasyczne metody odstraszania. Rządy na całym świecie wiedzą, że wszelka próba ataku przy użyciu broni masowego rażenia na siły zbrojne czy terytorium USA miałaby charakter całkowicie samobójczy. Tarcza rakietowa nie jest też odpowiedzią na akty terroru w postaci 11 września, zamachów w Madrycie czy połączenia działań rebelianckich i terrorystycznych, które zostały rozpętane interwencją USA w Iraku. Poza tym program tarczy będącej w istocie osłoną dla amerykańskiego miecza będzie nieuchronnie stymulował wyścig zbrojeń w tych krajach, które będą się obawiać tak druzgocącej przewagi strategicznej USA (zwłaszcza w Chinach).

Ponadto wiara w skuteczność MD oraz uzyskiwane po drodze efekty w dziedzinie nowych rodzajów uzbrojenia będą tworzyć nadmiar pewności właściciela systemu i zwiększać jego skłonność do ofensywnego posługiwania się siłą militarną (pokusa permanentnego interwencjonizmu). Jak napisał jeden z amerykańskich ekspertów, rząd Busha traktuje problemy jak wystające gwoździe; do ich rozwiązania wystarczy użyć młotka… Bardziej niż odpowiedzią na nowe zagrożenia program ten jest produktem osiągniętych przez Amerykę możliwości technologiczno-finansowych, które świetnie wpisują się w mocno zideologizowaną strategię bezpieczeństwa rządu Busha. Ignoruje się przy tym aspekty społeczne, kulturowe, dyplomatyczne, nie mówiąc już o prawnych. Iracki koszmar po szybkim zwycięstwie militarnym jest jednym z rezultatów takiego podejścia do bezpieczeństwa. W sumie projekt tarczy jest wyraźnym regresem (do czasów zimnej wojny) w myśleniu o sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego.

Polska: nie milczmy o tarczy!

Jak się mają do tego interesy bezpieczeństwa Polski? Można śmiało powiedzieć, że nie mamy nic do zyskania na tym “interesie”. Nasze bezpieczeństwo nie wymaga udziału w tym systemie. Członkostwo w NATO i UE w obecnej i przewidywalnej sytuacji geostrategicznej w zupełności wystarcza. Nie stoimy w obliczu zagrożeń, które wymagałyby zwalczania przy użyciu tarczy. Przeciwnie, po zainstalowaniu na terytorium Polski jakichś elementów MD (stacji radarowych czy wyrzutni pocisków) możemy stać się celem uderzeń rakietowych ze strony państw, przeciwko którym Amerykanie chcieliby prowadzić operacje militarne pod osłoną swojej tarczy. Należy dodać i to, że nie mielibyśmy najmniejszego wpływu na sposób użycia dyslokowanych w Polsce składników MD. Zarazem biorąc udział w tym systemie, przyłączylibyśmy się do anachronicznego politycznie i destabilizującego strategicznie podejścia do zapewniania bezpieczeństwa międzynarodowego.

Wielu naszych ekspertów i polityków mówi, że przyłączenie do MD ma służyć umocnieniu specjalnych więzi z USA w sferze bezpieczeństwa. Otóż byłoby niedobrze, gdybyśmy uważali, że na Amerykę możemy liczyć nie dlatego, że jesteśmy jej lojalnym sojusznikiem w NATO i członkiem transatlantyckiej rodziny wolnych narodów, lecz jedynie wtedy, gdy staniemy się jej bazą militarną lub “niezatapialnym lotniskowcem” (słowa jednego z polityków). Zwiększenie w ostatnich 15 latach bezpieczeństwa Polski i całej Europy polega między innymi na tym, że możemy pozostać bezpieczni jako ORP “Orzeł” i nie musimy się stawać USS “Poland”. W tej sytuacji to nie Warszawa powinna zabiegać o rozmieszczenie na swoim terytorium elementów tarczy, lecz Waszyngton, a nasza ewentualna zgoda powinna być uzależniona od wyraźnych korzyści z tego dla nas płynących i wpływu na sposób użycia polskiego komponentu tarczy.

W całej tej sprawie jest jeszcze jeden ważny aspekt - granic przejrzystości i kierunku lojalności. W społeczeństwie demokratycznym musi być zachowana możliwość jego wpływu na sprawy najważniejsze, a kwestie bezpieczeństwa do takich należą. Ten postulat nie jest populizmem. Populizm jest - jak wiadomo - najczęściej reakcją na głuchotę i autyzm zamykających się w sobie tak zwanych elit politycznych, które za zbędną uważają rozmowę ze społeczeństwem o sprawach, które go dotyczą. Tak traktowane społeczeństwo może istotnie stać się “ulicą”.

Preferencje naszego sojusznika, aby tej sprawie nie nadawać rozgłosu, nie mogą w tym kontekście mieć rozstrzygającego znaczenia. Nasza lojalność należy się przede wszystkim społeczeństwu, którego udziałem mogą stać się wysoce niepewne korzyści i niewątpliwe ryzyko wiążące się z udziałem Polski w tym programie. Nowy rząd powinien skorzystać z szansy zmiany tego podejścia.

Prof. Roman Kuźniar jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych Uniwersytetu Warszawskiego, opublikował ostatnio m.in. “Politykę i siłę”, Warszawa, WN Scholar. Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej


 

Zmieniony ( 28.02.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »